poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Podniebny spacer...

ćma wrażliwości świtem spłoszona
kwiaty nadziei cieniem wiatru przykryte
latawce emocji w czerni szybujące

symbole znaczeń w pajęczej sieci uwikłane
fraktale wrażeń - powyżej, nad głową, w chmurach
sklepienie w ustach, zmysłów taniec

wstęgi drewnianych palców ku niebu
spojrzenie bladych powiek w drzew korony
lunatyk upadłej wiary, w marszu bezdźwięcznym

bezcelowy krok ku przeznaczeniu
horyzont widnokręgu nieokreślony
ślad milczenia pozostawiony na wzgórzu

pusta dłoń wyciągnięta...

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Cień...

Dotyk klawiszy fortepianu przywoływał nostalgiczne dźwięki. Melancholijne brzmienie wypełniło pustą salę, powoli rozciągając spójny schemat na cztery ściany. Stara, drewniana podłoga skrzypiała pod naporem czasu, tłamsząc jednocześnie niechciany szelest. Dźwięki skrzypiec równolegle i nieprzerwanie - niczym cień - podążały za skradającym się mrokiem fortepianu...

Wszedł do środka. Zamknąwszy drzwi, spojrzał na środek sali. Fortepian i skrzypce pozbawione swych właścicieli wydobywały odgłosy samotności, dając tym samym skrywaną nadzieję na niezobowiązującą, czystą symbiozę. Postąpił krok do przodu, ku źródle. Przetrwał. Natężenie fal akustycznych rosło z każdą nową sekundą. Jego oczy napełniły się wiarą w niemożliwe. Kolejny, następny, identyczny - szybszy krok.
Bieg...

Potężne i bezgraniczne, idealne... Jednostajne, zagłuszające świat fizyczny brzmienie opętało jego duszę.

Niczym bezbłędne pociągnięcie pędzla na czystym płótnie, niczym przestrzeń równoległych kosmosów, niczym perfekcyjna harmonia wszystkich stanów świadomości - napełniał płuca nieskalanymi dźwiękami, które w tej chwili wypełniały już absolutnie wszystko. Złapał fortepian obiema rękoma, po czym upadł na kolana.


Delikatne uderzenie serca - bieg!
Powolny rytm pulsu - bieg!
Subtelna gra poruszanych warg - bieg!


Woń bagiennej przeprawy w jednej chwili zjednoczyła się z muzyką...

Fizyczne ciało przestało odbierać sygnały z mózgu. Niekontrolowane gesty przesycone agresją i bólem. Szyderczy, obłędny śmiech, łzy krwi, szklany cień oczu. Bieg na kolanach w konwulsjach paranoi, rany rozdzierane z każdą kolejną mikrosekundą istnienia.

ON... Stał tuż obok. Niedostrzegany, ukryty. Pełne usta w milczącym wymiarze, oczy zasłonięte czarną szarfą, ciemny błękit włosów opadających na policzka. Płaszcz skrywający niematerialną sylwetkę mistycznej postaci - twórcy i sługi wiecznej ciemności...
Wyciągnął rękę. Pokłady energii zaczęły eksplodować z jego wnętrza, bezlitośnie i powoli uśmiercając metafizyczne ciało. Otwarta dłoń drżała mimowolnie, gromadząc w jednej chwili całą wydobytą energię. Dotknął jego ramienia...

Pozwolił mu dostrzec...
Stanowili spójny symbol bezkresnego zrozumienia...

O mnie

Moje zdjęcie
I tak jak Ktoś odchodzi... W ślad za Nim jego cień...